Rejs do portów Szwecji

REJS BAŁTYCKI DO PORTÓW SZWECJI POŁUDNIOWO-WSCHODNIEJ
25.05 – 8.06.2018, ca 600 Mm, jacht żaglowy „Empatia Polska”

jsm Jacek Wiśniewski
jsm Jacek Wiśniewski

Załoga była zgrana, choć początkowo dzieliła się na trzy grupy:

1) kapitan zgrany z jachtem oraz kilkoma członkami załogi, też zgranymi z jachtem
2) dalszych kilku członków załogi zgranych ze sobą nawzajem w wyniku rejsu przez Atlantyk, Morze Śródziemne i Adriatyk (2017, na innym jachcie)
3) jeden członek załogi spełniający kryteria zarówno grupy 1. jak i 2.

No to czego nam było jeszcze w tej sytuacji brak? Dobrej decyzji o najlepszej trasie i dobrej pogody, co na przełomie maja i czerwca nie jest w bałtyckiej ofercie wykluczone, ale poza gwarancją. I trafiliśmy na początek okresu upałów, które zgnębiły następnie całą Europę, a zaczęły się właśnie wtedy i tam. Wiatry i fale były na całej trasie na ogół żeglarskie, co do temperatur to lekki sztormiak na szlaku a szorty i koszulka w portach.

Wyszliśmy z Gdyni 25. maja, we Władysławowie mały serwis przyrządów nawigacyjnych i 27. maja szliśmy już, początkowo przez gęstą mgłę, w kierunku Visby, szwedzkiego portu na północy wyspy Gotland. Ładny ponad dwudobowy przelot przypominający, że wachty to nie chwilowy dopust boży a rytm życia. Visby to wygodny port i stare miasto hanzeatyckie, piękne i bardzo typowe dla miast morskich tego regionu. Średniowieczne zabytki, zarówno utrzymane, jak i w ruinie, robią wrażenie. A wokół pnąca się po skalistych zboczach ciasna zabudowa, w części drewniana (istna monografia tematu „co bałtycki klimat robi z drewnem i jak się przed tym bronić”). Wszystko w bujnej zieleni. Pozycja Visby na liście światowego dziedzictwa Unesco wydaje się w pełni zasłużona.

30. maja płynęliśmy już w stronę Cieśniny Kalmarskiej i 31. maja przepłynąwszy swobodnie pod sławnym (światło 36 m, długość 6 km) mostem między wyspą Oland a kontynentem szwedzkim zacumowaliśmy w Kalmarze. Kalmar to jedno z najstarszych i w XV – XVII wieku najważniejszych miast regionu (główny port wojenny Szwecji, nigdy nie zdobyta twierdza, pałac królewski). Kalmar został na przełomie XVI i XVII wieku zajęty (oprócz twierdzy) przez wojska polskie Zygmunta III Wazy i stracił swą pozycję na rzecz Karlskrony, od tego czasu nowej – na długie lata – głównej bazy szwedzkiej floty.

1. czerwca postanowiliśmy ruszyć w nietypowo krótką trasę do Groenhoegen, malutkiego portu rybackiego (poza nami były tylko 2 jachty) na południu Olandii. Decyzja ta podjęta została na skutek sugestywnego opisu tego miejsca przez Kapitana. Sprawdziła się w pełni, spędziliśmy tam dwa dni, w tym jeden na rowerowej wyprawie do nierealnie malowniczego rezerwatu natury. Widoki z latarni morskiej na samym cyplu wspaniałe.

Dalej szlak wiódł (też krótki przelot) do wspomnianego już, dużego i bogatego w tradycje, portu Karlskrona. Dzięki szparkiej na całej trasie żegludze na pełnym takielunku mieliśmy rezerwy czasowe i bawiliśmy w Karlskronie od 3. do 5. czerwca. Karlskrona leży na przybrzeżnych wyspach, wokół malownicze szkiery, piękna zieleń. Objechanie rowerem obowiązkowe (dwa rowery były na wyposażeniu jachtu). Port i miasto powitało nas barwami tęczy: właśnie kończył się międzynarodowy zlot LGTB. Na głównym placu flagi na masztach, kolumny bazyliki (XVII w.) tęczowe, takież przemalowane z białego okoliczne zebry dla pieszych: i Kościół i Magistrat stanął na wysokości zadania. Karlskrona jest miastem stosunkowo młodym, założona w XVII w. była z racji nieregularnych płycizn okalających port świetną do obrony bazą floty. Była też centrum szkutnictwa. Dostępny obecnie dla zwiedzających warsztat rekonstrukcji i budowy replik dawnych łodzi działa na pełnych obrotach i wprawił nas w zachwyt (w każdym żeglarzu jest w końcu kawałek szkutnika)

.

No i muzeum Marynarki Wojennej – potęga. Kubatura dużej fabryki, okręty i ich modele na wodzie i w halach, interaktywna ekspozycja od autentycznej całej łodzi podwodnej do najdrobniejszych detali marynistycznych. Pół dnia poszło nam na zwiedzanie, potem wróciliśmy na jacht, a Kapitan kręcił się chwilę niespokojnie i wrócił do muzeum.

Podsumowanie: rejs był przepiękny: trasa, porty, rozplanowanie czasu i dystansów, pogoda – idealne.

No i przyszło wracać. 6. czerwca osiągnęliśmy rozplażowany przedwcześnie i rozbawiony Hel, co wciągnęło nas trochę i na skutek tego dopiero 8. czerwca, parę minut po północy, pożeglowaliśmy w ostatni etap, do Gdyni. I rozjechaliśmy się wszyscy w cztery strony świata.

Choć nie na długo, bo w większości byliśmy znów razem cztery miesiące później na zlocie żaglowców z duszą, czyli „Próchno i Rdza”, po czym ustawiliśmy „Empatię” na zimę w Jastarni na kobyłkach.

Ale to już zupełnie inna historia.

jsm Jacek Wiśniewski